środa, 8 listopada 2017

Koc numer 3...

... w odcieniach chłodnych beżów, brązów i bieli wydziergałam sobie ostatnio z zalegających od dawna motków. Tym razem nie robiłam serialu o ściegach, głównie z braku czasu, ale mam dokładne notatki i może kiedyś je udostępnię.

Zasada tworzenia była taka sama jak przy poprzednich narzutach i kocach (czerwona narzuta, turkusowy pled, brązowy koc). Każdy kwadrat został wykonany innym ściegiem, bez ażurów.


Kwadraty zszyłam tak, by koc wyglądał dobrze po obu stronach. Szwy są ozdobne i lubię widzieć ten pochód warkoczyków na prawej stronie koca, choć druga strona też może być tą "prawą".



Kwadratów jest 40, ale tym razem są mniejsze. Moim zdaniem tak jest lepiej wizualnie i w trakcie dziergania szybciej się wszystko zmienia. Jest przez to ciekawiej. Samo zszywanie nie sprawiało mi już trudności. Nabrałam wprawy. Koc ma wymiary 120 x 180 cm i waży ok. 1,7 kg.




Ostatnio w Kauflandzie znów były włóczki i nie pozostałam im obojętna. Wprawdzie były to akryle, ale niezłej jakości i myślę, że na koce i narzuty szkoda drogich wełen. Te miękkie akryle są w zupełności wystarczające. Mam też już pomysł na kolejny koc. Nadeszły chłodne dni i w każdym pokoju przyda się coś do okrycia. I teoretycznie jeden koc mógłby służyć za wszystkie, ale skoro ma się tyle włóczek, to szkoda z nich nie skorzystać.

Zanim to jednak nastąpi, to zrelaksuję się pod nowym, cieplutkim kocykiem.

Włóczki: LANAGOLD, LANAGOLD FINE, LANAGOLD 800 i SUPERLANA KLASIK Alize,
SHETLAND Yarn Art oraz inne recyklingowe (wszystkie łączone w dwie lub więcej nitek),
druty 5 mm


środa, 25 października 2017

Piórkowy chabrowy...

... został wydziergany spontanicznie, to znaczy bez konkretnego planu. Po prostu wyciągnęłam włóczkę z pudła, zrobiłam próbkę i zaczęłam dziergać. Tyle że sam proces powstawania trwał bardzo długo, jak to przy braku czasu i cienkiej włóczce...

Fason jak zwykle, przy ciele. Ażur na rękawach podpatrzony gdzieś, ale trudno określić źródło. Włóczka to mieszanka kid moheru, merino i jedwabiu. Odrobinę podgryza, ale jest przyjemnie ciepła. Efekt jest zadowalający.



Włóczka EXCLUSIVE Gazzal - ok. 80 g
(10% kid moher, 40% 19 mic merino,50% jedwab),
druty 3,5 mm


wtorek, 17 października 2017

Wielbłąd z owcą na Giewoncie...

... i nie chodzi tu o jakieś anomalie zoologiczne... To tylko ja w zeszłą sobotę wdrapywałam się na szczyt w kominie z włóczki wielbłądziej połączonej z wełną owiec.


Pierwszy raz, od kiedy pracuję, moja szkoła zorganizowała wyjazd integracyjny z okazji Dnia Nauczyciela. Pomysł zrodził się w czerwcu, cała organizacja przebiegała teraz, ale nikt, absolutnie nikt nie mógł przewidzieć jaka pogoda zastanie nas akurat w ten weekend w Zakopanem. I okazało się, że pogoda była świetna, w sam raz do pieszych wędrówek, a kolory jesieni cieszyły oczy.




Było nas dużo, ponad 50 osób i oczywistym było, że nie każdy da radę skorzystać z tych samych atrakcji co inni. Podzieliliśmy się na grupy i ja byłam w tej grupie, która podjęła się wędrówki na Giewont pod okiem przewodnika.

Do ubrania zabrałam z sobą dziergawki "ze stażem". Niestety z nadmiaru pracy w ostatnim czasie nic nowego nie zdążyłam wydziergać. Ale z drugiej strony dobrze, bo przypomnę Wam dzisiaj komin - szyjogrzej sprzed 4 lat, który powstał z nieprodukowanej już włóczki, czego żałuję, bo jest bardzo fajna.

Komin jest ciepły, ale dzięki naturalnemu surowcowi w składzie nie zatrzymuje w sobie wilgoci, tylko ją odprowadza na zewnątrz. Dzięki temu przez cały dzień czułam się komfortowo. Kształt komina też się sprawdził, bo dopasowywał się do panujących warunków - otulał szyję lub odsłaniał ją, był łatwy w zdejmowaniu, a przy silniejszym wietrze mogłam go nawet trochę naciągnąć na głowę (bo zapomniałam czapki). I tu wtrącę, że jedną z największych zalet włóczek naturalnych jest to, że wyroby z nich nie elektryzują włosów.






Cudowne widoki mobilizowały do pokonywania trudniejszych podejść.







Na szczycie nie było zbyt dużo miejsca. Było też trochę ludzi, więc siłą rzeczy nie mam ani jednego udanego zdjęcia solo. Ale to nic, o kominie miało być...




Schodzenie było bardziej ekstremalne niż wychodzenie. Gdy tylko zeszliśmy do przełęczy, to Giewont i pobliskie inne szczyty zaczęły ginąć w chmurach.






Gdybyśmy dotarli pod szczyt godzinę później, to widzielibyśmy głównie biel. Mieliśmy dużo szczęścia z pogodą. Dosłownie wstrzeliliśmy się idealnie.

I tym akcentem kończę ten wspominkowy post. Kolejnym razem pokażę już nową dziergawkę, wciąż jeszcze dzierganą. Praca postępuje bardzo powoli, bo nitka jest cienka, ale koniec już blisko.